poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Rozdział pierwszy

            Zapadł zmrok, a ulice Londynu powoli pogrążały się w półmroku. Blade światło z lamp ulicznych rozświetlały drogę przechodniom. Cisza nocy zaczynała ogarniać miasto. Nie pamiętam, kiedy ostatnio Londyn był tak spokojny, ale coś mi mówiło, że to tylko cisza przed burzą. Nie podobał mi się jedynie fakt, że to my mieliśmy rozpętać tę burzę. Przemierzaliśmy miasto biegiem, ale, o dziwo, nikt nie zwracał na nas szczególnej uwagi. Było nas pięcioro, ja, Lindsey, Tom, Billy i Tony. Wszyscy odziani w czarne, wygodne ciuchy, wszyscy pogrążeni w myślach. Zaczynałam się zastanawiać, czy nasza misja ma jakiekolwiek szanse na powodzenie. Długo nas szkolili, byśmy stali się Cichymi. Miało nie być dla nas misji niemożliwych. Ale jak włamać się do jednego z najbardziej strzeżonych miejsc na świecie i nie zostać przyłapanym? Właśnie na szali ważył się nasz los. Jeśli zostaniemy złapani – zginiemy, ale jeśli nie zdobędziemy Klejnotu Śniącej Damy, zginą wszyscy, którym się przyszło zmierzyć z losem, jaki zgotował dla nich świat.
Lindsey nagle zatrzymała się pośrodku St. James Park. Wpadłam na nią z impetem i obie wylądowałyśmy na ziemi.
- Na rozum ci padło? – warknęłam, rozcierając sobie udo, które boleśnie wylądowało na asfalcie. Dziewczyna posłała mi skrępowane, przepraszające spojrzenie.
- Wybacz – odparła delikatnym, wysokim głosem. Miałam wrażenie, że był kilka tonów wyższy niż normalnie. Bała się, jak my wszyscy, ale strach jest naszym wrogiem. Nie wolno nam go do siebie dopuszczać. Pomogła mi wstać, a ja spojrzałam w te jej wielkie, brązowe oczy i ujrzałam w nich, jak w lustrze, wszystkie swoje obawy. Lindsey była śliczną dziewczyną, delikatną, łagodną. Miała porcelanową cerę, wielkie oczy zakończone długimi, gęstymi rzęsami, pełne, różowe usta i ciało idealnych wymiarów. Była obiektem pożądania wielu mężczyzn. Czasami jej zazdrościłam tej nienagannej urody. Ale wtedy docierała do mnie, że będąc Cichą, nie mogę sobie pozwolić na słabość, jaką jest związek, więc uroda mi nie potrzebna.
Ułożyłam dłonie na jej policzkach i ukierunkowałam jej spojrzenie na mnie.
- Wiesz, że robimy to, co konieczne – powiedziałam powoli. – Damy sobie radę.
- To nie jest napaść na dziecko w parku, by zabrać mu cukierka – odparła. – To poważna sprawa. Nie można jakoś… inaczej?
Jej porównanie rozbawiło mnie nieco. Wyobraziłam sobie Cichych, skradających się do pięciolatka z lizakiem. Z drugiej strony wiedziałam, o co jej chodzi.
- Niby jak? – zapytałam, odgarniając jej długie, kręcone blond włosy za ucho. Była ode mnie starsza, jak oni wszyscy, ale czasem to ja czułam się jak ich niańka. – Mamy zapukać do Pałacu Buckingham i zapytać królową, czy nie zechciałaby oddać nam jednego z najcenniejszych klejnotów, jaki jej rodzina posiada od pokoleń?
- Ale włamanie…
- Na litość boską, skończ już! – zagrzmiał Tom. Był zdenerwowany. W jego ciemnych, niemal czarnych oczach widziałam cień paniki, chociaż zazwyczaj widać w nich jedynie gniew i żądzę zemsty. Ostatnimi czas był impulsywny i wybuchowy. Gdyby dwa lata temu ktoś powiedział mi, że ten przystojny mężczyzna o brązowych dredach, okalających pociągłą, opaloną twarz z lekko zarysowanymi kośćmi policzkowymi, potrafi być tak agresywny, zabiłabym go śmiechem, ale teraz, sama nie mogę wyjść z podziwu jaki się stał. Nadal był przystojny. Delikatny zarost, zakończony bujniejszą bródką idealnie pasował do jego stylu surfera. Jego ciało było pięknie wyrzeźbione, ale w duszy coś mu pękło. Odizolował się od wszystkich, a łagodność zastąpił atakiem.
- Tak bardzo się boisz, to się wycofaj!
- Zamknij się! – wrzasnęłam na niego, widząc, że oczy Lindsey powoli zaszkliły się od łez. – To w niczym nie pomoże.
Tom zacisnął usta. Nie odezwał się już ani słowa, chociaż widziałam po jego minie, że wcale mu się to nie podoba. Nie kłócił się ze mną. Wciąż miał wyrzuty sumienia za naszą ostatnią walkę, na śmierć i życie. Był w takim amoku, że omal nie zginęłam z jego ręki. Gdyby nie nasz opiekun, nie byłoby mnie już na tym świecie. Czasami żałuję, że to się wydarzyło. Brakuje mi dawnego Toma, dobrej duszy naszego oddziału, przyjaciela, który zawsze wiedział, co powiedzieć i jak się zachować.
- Nie chcę przeszkadzać - wtrącił się Tony uprzejmym, ale nieco ganiącym tonem. – Ale powinniśmy się stąd zmyć.
Billy skinął głową, przytakując, a do mnie nagle dotarło, że, na własne życzenie, narażamy całą misję. Ruszyliśmy dalej, pędząc jeszcze szybciej, by nadrobić stracony czas. Najciężej było się dostać do pałacu, ale opracowywaliśmy to miesiącami. W Queen’s Garden jest tajemne przejście, jeszcze z czasów królowej Wiktorii. Zapomniane, nie używane od wieków, nie obstawione strażą. Prowadzi prosto do podziemi, a stamtąd już łatwa droga. O ile łatwym można nazwać nieuprawniony spacer po komnatach królowej.
Przemknęliśmy się na piętra. Tom dał znak do rozdzielenia się. Taki był plan, chociaż moim zdaniem to była głupota. Zdaniem naszych taktyków, głupotą było przeszukiwanie blisko ośmiuset pomieszczeń zbitą grupą. Spojrzałam się za pozostałymi, gdy rozpierzchli się po korytarzach, ruszyłam w swoją drogę, do wschodniej części pałacu. Niepokoił mnie fakt, że było tu tak spokojnie. Wszystko szło łatwo, nawet za łatwo, a to nigdy nie jest dobry znak. Zatrzymałam się przed jedną z komnat. Była otwarta, a ja miałam nieodparte wrażenie, że nie powinnam tam wchodzić, ale ciekawość była silniejsza. Wolnym krokiem pchnęłam ciężkie drzwi. Początkowo ciemność zaatakowała moje oczy, ale po upływie kilku sekund mogłam rozróżnić poszczególne kształty w pomieszczeniu. Przeszłam kilka kroków. Imponujące wnętrze uderzało mnie swoim bogactwem. To takie nie sprawiedliwe, że niektórzy na starcie mają tak łatwo, podczas, gdy inni musza walczyć o przetrwanie. Nagle drzwi zamknęły się z głośnym trzaskiem, a mnie oślepiło białe światło.

*


Wczoraj, dnia 22 października doszło do włamania do Pałacu Buckingham. Sprawców nie złapano, jednak z pałacowych murów wyniesiona została jedna z najcenniejszych pamiątek rodziny królewskiej. Nasuwa się pytanie, jak w tak strzeżonym pałacu, mogło dojść do włamania i kradzieży. Dlaczego żaden ze strażników nic nie zauważył?

Królowa prosi wszystkich o zaangażowanie w poszukiwania skradzionej pamiątki.
‘Jest w naszej rodzinie od wieków. Stanowi ważną część dziedzictwa całej naszej rodziny’ mówi. Lokalna policja wszczęła już oficjalne śledztwo w tej sprawie.

- Hej, piszą o nas w gazecie! – zawołał uradowany Tony, siedząc na kanapie w naszej kwaterze. Wskoczyłam na kanapę, przeskakując oparcie i rozsiadłam się obok niego, wyrywając mu z rąk gazetę.
- Ej, czytałem – oburzył się, próbując odebrać swoją własność, ale był za wolny. Natarłam na niego plecami i przeczytałam artykuł. Nie było w nim nic konkretnego, na szczęście dla nas. Sama nie byłam pewna, jak udało nam się wydostać z pałacu. Mieliśmy dużo szczęścia, że wyszliśmy z tego cało. Misja się powiodła, dostaliśmy to, czego szukaliśmy, ale nikt z nas nie pamiętał, co stało się po rozdzieleniu. Zupełnie, jakby ktoś nas zahipnotyzował, uśpił i wyniósł z pałacu razem z klejnotem. Nie przyznaliśmy się opiekunom, chociaż miałam nieodparte wrażenie, że oni doskonale wiedzą, jak sprawy się mają. Rozejrzałam się po salonie. Przy apartamentach królowej, nasze wnętrza zdawały się malutkie, choć do tej pory uważałam, że posiadamy potężny dom. Salon był centrum naszego życia towarzyskiego. Tu na ogół spędzaliśmy wolne chwile. Przed kanapą stał wielki telewizor, na którym leciały albo teledyski albo walki bokserskie. Obok dostawione były dwa fotele, równie stare i równie wygodne, jak kanapa. W kącie stały piłkarzyki, na których wyładowywaliśmy swoje frustracje, a obok nich stała stara, cudem zdobyta szafa grająca. Uwielbiałam muzykę odtwarzaną ze starych winili, miała takie oryginalne brzmienie. Na prawo znajdowała się wielka kuchnia z jadalnią, na lewo ambulatorium oraz schody na górę, gdzie mieszczą się pokoje.
Nagle poczułam łokieć, mocno wbijający się pomiędzy moje żebra. Jęknęłam z bólu i odruchowo uderzyłam mojego oprawcę w ramię.
- Ała! – zawył Tony, mimowolnie odsuwając się ode mnie. Jego blond włosy posypały się na oczy, które zacisnął mocno, wyrażając swój ból. Miał mnóstwo piegów i był dość niski, ale miał w sobie to coś, co przyciągało do niego ludzi.
- Popieprzyło cię? – warknęłam, łapiąc się za bok, w miejsce, gdzie nadal odczuwałam jego łokieć.
- Sorry, ale zawiesiłaś się – powiedział cicho, próbując się usprawiedliwić. – Chciałem tylko odzyskać gazetę.
Z kuchni wyjrzał Billy, spoglądając na całe zajście z rozbawieniem. Zawsze śmieszyły go konflikty i walki, toczone w naszych szeregach, a dzięki temu, że wybuchał śmiechem w najmniej odpowiednich momentach, gdy napięcie między przeciwnikami sięgało zenitu, rozluźniał nieraz atmosferę, łagodząc konflikt.
- Teraz dojdzie do rękoczynu? – zapytał. – Czy poczekacie, aż skończymy obiad?
- Jeśli ty gotujesz, to obawiam się, że możemy nie dożyć walki – zaśmiałam się, zrywając się z kanapy. Podbiegłam do Billy’ego, gdy się odwrócił i wskoczyłam mu na barana, obejmując go mocno za szyję. Okręcił się w miejscu, starając się mnie z siebie zrzucić, ale po nieudanej próbie, powlókł się do kuchenki z bagażem. Spojrzałam na zawartość garnków, wyglądało niczego sobie, pachniało też ładnie, może jednak nie będzie tak źle. Przechyliłam się ponad jego ramieniem, by spróbować sosu, który właśnie zapalczywie mieszał. Już prawie udało mi się sięgnąć garnka, gdy noga Billy’ego osunęła się na pokaźnej plamie oleju, który rozlał na podłodze. Stracił równowagę, ja przeleciałam przez jego ramię i zahaczyłam o garnek, który wylądował na mnie. Kuchnię przeszył mój pisk, który zwabił do niej naszego opiekuna. Był dość niski i tęgi. Łysiał już, na jego głowie ostało się niewiele siwych włosów. Miał ostre rysy twarzy i bardzo rzadko się uśmiechał, no chyba, że zakładał ten swój kpiący lub przebiegły uśmieszek, gdy chciał komuś dopiec. Jego wzrok padł na mnie, a ja już wiedziałam, był wściekły.
- Co to za wygłupy? – warknął, a ja natychmiast poderwałam się na równe nogi.
- Poparzenie drugiego stopnia – wypaliłam, wciąż czując wrzący sos na swojej skórze.
- Nie umrzesz – mruknął. – Do salonu. Ale już!
Kuknęłam na Billy’ego, który ruszył ku wyjściu ze zwieszoną głową. Westchnęłam cicho i powlekłam się za nim, a tuż za nami poczłapał Yoshi. Tom, Tony i Lindsey już tam byli. Stali w szeregu z minami skazańców, którzy zaraz usłyszą wyrok. Billy i ja dołączyliśmy do nich i czekaliśmy na wybuch, który nastąpił chwilę później.
- Co wyście sobie, do diabła, myśleli!? – wrzasnął Yoshi. Drżał lekko, chyba nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Zawsze tak reagował, gdy się denerwował. – Czy wy wiecie, coście narobili?!
Zerknęłam ukradkiem na przyjaciół. Nie mieli pojęcia o co chodzi, zupełnie jak ja. Yoshi najwyraźniej wiedział więcej na temat ubiegłej nocy, niż my.
- Mamy klejnot, czyż nie? – zapytałam, mimowolnie się prostując, by przyjąć pozycję obronną. Gdzieś po lewej stronie usłyszałam stłumiony jęk. Moje dyskusje z Yoshim zawsze źle się kończą, ale nie potrafię stać i słuchać niesłusznych oskarżeń. Opiekun zbliżył się do mnie i wlepił we mnie jedno z tych swoich morderczych spojrzeń.
- Naraziliście nas wszystkich! Gówno jesteście, a nie cisi! Od rana trąbią we wszystkich wiadomościach o kradzieży z pałacu! Co wy sobie myśleliście?! Banda gówniarzy! Tak to jest, jak się na poważne misje żółtodziobów wysyła!
- To nas nie wysyłaj – powiedziałam spokojnie. Twarz Yoshi’ego powoli zaczynała nabierać barwy dojrzałej wiśni.
- Waż na słowa – zagrzmiał ostrzegawczo. Przewróciłam oczami, co, jak się okazało, było dużym błędem. Opiekun wziął głęboki wdech i wybuchł falą gniewu. Zaczął krzyczeć przekleństwa pod moim adresem, jaką to pyskatą małolatą jestem, ale ja już go nie słuchałam. Odwróciłam się na pięcie i wyszłam z budynku, do ogrodu. Słyszałam jeszcze za sobą jego krzyki, pojękiwanie pozostałych i coś o „odpowiedzialności zbiorczej” i o tym, że ze mną sprawę załatwi później. Znając jego metody odesłał wszystkich do symulatora na trening, a ja jakoś nie miałam ochoty na morderczą walkę na śmierć i życie, nawet jeśli była udawana. Usiadłam na fontannie w jednej z części ogrodu. Był naprawdę spory i miał swój urok. Latem był niczym raj na ziemi, oczywiście pod warunkiem, że żaden z opiekunów nie próbował wymusić na nas kolejnej porcji ćwiczeń.
- Wiesz, że Tom cię zabije? – usłyszałam za sobą głos. Zerknęłam na przybysza. Za mną stał Ash z założonymi rękoma, jak zwykle wyluzowany. Jego postawione na żelu włosy połyskiwały na słońcu, a niebieskie oczy spoglądały na mnie z zatroskaniem.
- Tym razem nie pójdzie mu tak łatwo – odparłam. – Poza tym, nie moja wina, że pozwalają Yoshi’emu sobą pomiatać.

Ash przysiadł się do mnie i lekko, po przyjacielsku, mnie szturchnął.
- Musisz zawsze być taka? – zapytał.
- Jaka?
- Uparta i pyskata? – wyszczerzył do mnie zęby. Lubiłam go, zawsze działał na mnie uspokajająco. Podczas całego treningu na Cichą bardzo mi pomógł. Pomyśleć, że na początku alienowałam się od nich wszystkich.
- Icey! – zagrzmiał głos Yoshi’ego od progu kwatery. Westchnęłam cicho, wstając.
- No to komu w drogę – szepnęłam. – Pamiętaj, kochałam cię najbardziej ze wszystkich – dodałam teatralnie, kładąc rękę na sercu.
- Ale nie spisałaś testamentu – wpadł mi w słowo. – Tak, wiem.
Zaśmiałam się krótko, po czym ruszyłam w stronę rozjuszonego opiekuna. Stanięcie z nim oko w oko zawsze mnie stresowało. Czułam przyspieszone bicie serca, ale nie mogłam dać po sobie poznać, że wzbudza we mnie momentami strach.
- Więc? – zapytałam na wstępie, zakładając ręce na piersi i wbijając wzrok w ziemię. Wiedziałam, że kara nie będzie przyjemna, nigdy nie jest, a Yoshi ma to do siebie, że wie, jak nas zmordować. Ale, ku mojemu zaskoczeniu, żaden znany mi scenariusz nie nastąpił. Staruszek położył swoją ciężką dłoń na moim ramieniu i westchnął cicho. Uniosłam wysoko brwi, kierując zaskoczone spojrzenie wprost na niego. Na jego twarzy malowała się troska i zmartwienie. Nigdy jeszcze tego tak nie okazywał.
- Musimy porozmawiać – powiedział spokojnie, ale było w jego głosie coś, co mnie przeraziło, coś, czego nigdy u niego nie słyszałam, nie mogłam tylko jeszcze rozszyfrować, co to jest.
Zaprowadził mnie do swojego gabineciku, który mieścił się w korytarzu, tuż obok ambulatorium. Zasiadł za biurkiem i wskazał mi krzesło naprzeciwko. Usiadłam, nie wiedząc, czego mam się spodziewać. Założył wielkie okulary, które i tak zjechały mu na sam czubek nosa i zmierzył mnie badawczym spojrzeniem z ponad nich. Po kilku sekundach, które zdawały mi się wiecznością, wbił spojrzenie w papiery leżące przed nim. Wyglądały na jakieś akta, po chwili dotarło do mnie, że to moje akta.
- Pamiętasz cokolwiek, co zdarzyło się wczoraj? – zapytał, nadal studiując lekturę. Pokręciłam głową, ale on tylko odchrząknął.
- Nie słyszę ruchów twojej głowy, więc bądź tak miła i się odezwij, gdy o coś cię pytam – mruknął niezadowolony, notując coś w papierach.
- Nie – westchnęłam. Nie rozumiałam, po co to całe przesłuchanie.
- Co ostatnie pamiętasz?
- Korytarz, komnatę pałacową i… oślepiające światło – Yoshi pomrukiwał cicho, nie przerywając pisania. Zaczęłam nerwowo stukać palcami w biurko. Czułam się, jak u dyrektora na dywaniku, a przecież nie zrobiłam nic złego. Jeśli nie liczyć kradzieży klejnotu królowej Anglii.
- Możesz łaskawie przestać? – warknął, odkładając długopis na blat. Zdjęłam rękę ze stołu i ułożyłam obie dłonie na kolanach, splatając je. Mój opiekun w końcu zdjął okulary i zlustrował mnie spojrzeniem.
- Myślę, że na jakiś czas musimy odsunąć cię od treningów – rzekł sucho. Nie mogłam w to uwierzyć. Narzekałam często na treningi, wszyscy narzekaliśmy, ale nie wyobrażałam sobie życia bez bycia Cichą. Nie byłam pewna, co się stało, ale nie podobało mi się to.
- Jak to? – zdołałam wykrztusić. – Przecież nie możesz mnie odsunąć! To niesprawiedliwe!
- Nie krzycz.
- Nie! Nie pouczaj mnie… Ja – zakryłam twarz dłońmi. Jeszcze nigdy nie ogarnęła mnie taka panika. Gdzie ja się podzieję? Kwatera to mój dom, nie mam innego. Jeśli zabronią mi dalszego treningu, dokąd pójdę?...
- Icey – Yoshi próbował mnie uspokoić, ale nie docierało do mnie, co mówił. Wstałam, a krzesło upadło z łoskotem na podłogę. Krążyłam po jego gabinecie, nawet nie zdając sobie z tego sprawy.
Icey Charloto Gabrielo Night – usłyszałam spokojny głos w swojej głowie. – Nikt cię nie wyrzuca z kwatery. To tylko zawieszenie w treningu. Nic więcej.
Wiedziałam, że to Yoshi. Wiedziałam, że zagląda mi w umysł, czyta każdą myśl, nawet te, o których w tym momencie nie wiedziałam. Nienawidziłam, gdy inwigilował mi głowę. Stawał się częścią mnie, mojego umysłu. Zamknęłam oczy i zacisnęłam pięści na włosach, myśląc tylko o tym, by wyrzucić go z umysłu. Każdy z Cichych miał swój niepowtarzalny dar. Wszystkie skupiały się w sferze umysłowej.  

ICEY! – zabrzmiało w mojej głowie. Pisnęłam głośno, czując falę nadciągającej energii. Błysnęło białe światło, a ja straciłam przytomność. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz